Wyrok Naczelnego Sądu Administracyjnego z 3 grudnia 2025 roku zamyka kolejną kasację w wieloletnim sporze o infrastrukturę wodociągową w Marciszowie. Jednocześnie boleśnie przypomina, że braki dokumentacyjne z końcówki PRL i początku transformacji wciąż mają realne, finansowe skutki.
Sądy jasno wskazują: nie da się legalizować wieloletniego korzystania z majątku „na wiarę” – bez twardych dowodów własności i jednoznacznej inwentaryzacji. A tej w kluczowym momencie podziału wodociągów po prostu zabrakło.
Problem nie dotyczy wyłącznie jednej gminy. Jeżeli konsekwencją porządkowania dawnych zaniedbań będą odszkodowania, zwroty za bezumowne korzystanie z mienia lub presja na budżety samorządów, rachunek finalnie może trafić do mieszkańców – także Wałbrzych.
To nie archiwa zapłacą za błędy sprzed dekad. Zapłacą ci, którzy dziś odkręcają kran.
Najdroższy rachunek transformacji? Ten, który dopiero przychodzi
Najgorsze w tej historii jest to, że wszyscy zachowują się tak, jakby to był „spór papierologiczny”. Ot, prawnicy, decyzje, NSA, WSA – trudne, długie, nikogo nie dotyczy. Do czasu. Bo ten spór nie rozgrywa się o paragrafy. On rozgrywa się o pieniądze. I to realne. Kiedy w latach 80. i 90. dzielono wojewódzkie wodociągi na mniejsze organizmy, ktoś uznał, że inwentaryzacja mienia to techniczny szczegół. Rury działały? Działały. Woda leciała? Leciała. To po co papiery? Po to, żeby dziś nie było problemu. A jest. I to potężny.
Dziś sądy patrzą na te decyzje bez sentymentu. Mówią brutalnie: nie udowodniłeś tytułu prawnego – nie masz interesu prawnego. A skoro tak, to nie możesz „cofać” decyzji, legalizować działań z przeszłości ani budować roszczeń na tym, że „system przecież funkcjonował”.
System funkcjonował. Ale prawo – niekoniecznie.
Najbardziej cyniczny element tej historii? Nikt z tych, którzy podejmowali decyzje 30–40 lat temu, nie poniesie kosztów. Nie zapłaci ówczesny wojewoda, sekretarze wydziałów, nie zapłacą dyrektorzy przedsiębiorstw, nie zapłacą autorzy niepełnych zarządzeń.
Jeżeli pojawią się odszkodowania, ugody, konieczność „łatania” skutków dawnych zaniedbań, to zapłacą budżety gmin i związki międzygminne, a w konsekwencji mieszkańcy. W rachunkach, opłatach, podatkach albo w jakości usług publicznych.
To jest prawdziwa cena transformacyjnego chaosu: rachunek wystawiony z opóźnieniem, ale z odsetkami. Ten spór to ostrzeżenie. Nie tylko dla Wałbrzycha. Dla całej Polski lokalnej. Jeśli nie sięgnie się wcześniej do archiwum i nie uporządkuje dziś papierów po PRL-u, jutro sąd zrobi to za nas. A sąd – w przeciwieństwie do polityki – nie zna słowa „jakoś”.
Brak komentarza, Twój może być pierwszy.
Dodaj komentarz