Wiadomości

Zamknij

Tobiasz Papuczys - rozmowa z laureatem Grand Press Photo 2026

Przemysław Tokarski Przemysław Tokarski 16:20, 02.07.2026 Aktualizacja: 16:21, 02.07.2026
Skomentuj Tobiasz Papuczys - rozmowa z laureatem Grand Press Photo 2026 P.Tokarski

Kiedy stoisz w niemal całkowitej ciemności, a naświetlenie klatki zajmuje aż dwie sekundy, przestajesz być zwykłym dokumentalistą, a stajesz się współtwórcą scenicznego misterium. Tobiasz Papuczys, tegoroczny zdobywca pierwszej nagrody w prestiżowym konkursie Grand Press Photo w kategorii Own Vision, opowiada o tym, jak przełamywać schematy teatru i dlaczego najpiękniejsze, najbardziej unikalne kadry powstają pod presją najtrudniejszych ograniczeń.

::addons{"type":"youtube","url":"https://youtu.be/-GeT8obshUY"}

Tobiasz Papuczys (ur. 1985) – ceniony fotograf teatralny, teatrolog, filmoznawca oraz członek Związku Polskich Artystów Fotografików (ZPAF). Od 2010 roku związany jest z Uniwesrytetem Wrocławskim i Instytutem im. Jerzego Grotowskiego we Wrocławiu, gdzie dokumentuje wydarzenia artystyczne oraz z powodzeniem prowadzi autorskie warsztaty fotografii teatralnej. Od 2019 roku jego obiektyw stale towarzyszy artystom Teatru Dramatycznego im. Jerzego Szaniawskiego w Wałbrzychu.

Na swoim koncie ma liczne sukcesy artystyczne: jest pięciokrotnym finalistą oraz zwycięzcą IV edycji (2018) ogólnopolskiego Konkursu Fotografii Teatralnej, a także jego jurorem (2021). W 2020 roku otrzymał nominację do prestiżowej wrocławskiej nagrody kulturalnej WARTO przyznawanej przez „Gazetę Wyborczą”. W 2026 roku zdobył I miejsce w konkursie Grand Press Photo za unikalny, artystyczny kadr ze spektaklu „Obłok Oorta”.

Na rozgrzewkę zacznijmy od dość nietypowej sytuacji: jak się czujesz po drugiej stronie obiektywu, gdy to na ciebie patrzy kamera? Jak wiemy, twoim naturalnym żywiołem jest zazwyczaj obserwowanie ludzi z drugiej strony.

Tobiasz Papuczys: Szczerze mówiąc, niezbyt lubię być filmowany czy fotografowany – to chyba moja mała osobista przypadłość. Sam nie mam też wielu dobrych zdjęć. Kiedy pojawia się prośba o przesłanie portretu do jakiejś publikacji, zazwyczaj mam tylko jedno ujęcie sprzed kilku lat i zawsze rodzi to pewien kłopot. Po prostu za tym nie przepadam i w tym sensie nie czuję się człowiekiem medialnym.

Z wystąpieniami przed ludźmi nie masz jednak większych problemów – na co dzień edukujesz młodzież i studentów, więc masz wprawę w przekazywaniu solidnej porcji wiedzy.

Tobiasz Papuczys: To prawda, choć sam nie postrzegam tego do końca jako klasycznych wystąpień publicznych – pracuję przecież z zamkniętymi grupami studenckimi. Na uniwersytecie prowadzę zajęcia ściśle powiązane z moim wykształceniem i profesją: m.in. o fotografii, ale także o teatrze, filmie i szeroko pojętej kulturze audiowizualnej. Bardzo lubię tę formę dzielenia się wiedzą, ale na co dzień faktycznie nie jestem przyzwyczajony do obecności kamer telewizyjnych.

Dlaczego skupiasz się akurat na fotografii teatralnej? Dlaczego nie spotkamy cię z aparatem na meczach sportowych albo ukrytego na drzewach podczas „polowania” na ptaki?

Tobiasz Papuczys: Przede wszystkim z wykształcenia jestem teatrologiem i teatr zawsze znajdował się w centrum moich zainteresowań. Moje początki z fotografią były jednak dość nietypowe. Zacząłem robić zdjęcia, ponieważ planowałem zdawać do szkoły filmowej w Katowicach, a tam wymagano teczki z dziesięcioma fotografiami. Ten proces wciągnął mnie na tyle głęboko, że postanowiłem przy tym zostać. Choć początkową motywacją było rozeznanie filmowe – zresztą jestem także filmoznawcą – ostatecznie bardzo mocno wszedłem w teatr.

Interesuje mnie sceniczne działanie, ale takie, które niesie ze sobą głębsze znaczenie i jest w jakiś sposób zamanifestowane. W fotografii teatralnej najbardziej lubię to, że pozwala ona stworzyć kadry, które wcale nie wyglądają na zrobione w teatrze. Pokazują one pewien obraz społeczny przekazywany przez sztukę, ale w sposób na tyle uniwersalny, że granica między umownością sceny a rzeczywistością zaczyna się zacierać. Właśnie takich kadrów poszukuję. Moją główną motywacją jest uchwycenie obrazów, które zachowają swoją siłę i znaczenie również poza kontekstem konkretnego przedstawienia – takich, które pokazują szerszy, bardziej abstrakcyjny i ogólny obraz świata, a nie jedynie dokumentują sceniczną rzeczywistość.

Fotografia teatralna to balansowanie na krawędzi sztuki i klasycznego reportażu. Rozumiem, że sam skłaniasz się bardziej ku tej formule artystycznej?

Tobiasz Papuczys: Tak, choć nie zawsze tak było. Zaczynałem od klasycznego reportażu i dopiero z czasem mój punkt ciężkości zaczął się przesuwać. Na początku chciałem być jak najbliżej centrum akcji; dziś szukam kadrów o większym ładunku artystycznym. Kiedyś traktowałem teatr bardzo dosłownie, teraz widzę w nim raczej źródło, surowy materiał do twórczej interpretacji. To niezwykle fascynujące tworzywo. Gdybyśmy chcieli szukać podobnie silnych, zainscenizowanych obrazów na ulicy, kosztowałoby to mnóstwo czasu i wysiłku – trzeba by chodzić z aparatem przez osiem godzin, żeby uchwycić to jedno idealne ujęcie. W teatrze otrzymujemy rzeczywistość niezwykle skondensowaną, zsyntetyzowaną i dynamiczną, skompresowaną do godziny czy dwóch.

Kolejną rzeczą, która niesamowicie mnie kręci w teatrze, jest nieprzewidywalność i konieczność ciągłego dostosowywania się do zastanych warunków. Często żartujemy w naszym środowisku, że to właśnie z ograniczeń rodzi się sztuka. Najlepsze zdjęcia powstają pod wpływem barier: przy dotkliwym braku światła czy w momentach, gdy oświetlenie zmienia się tak dynamicznie, że nie mam czasu na techniczną reakcję. Pracuję wyłącznie na obiektywach stałoogniskowych. Kiedy nie znam dokładnego przebiegu spektaklu, a scena nagle gwałtownie ewoluuje, muszę operować tym, co mam aktualnie podpięte do korpusu. Gdybym mógł to chłodno zaplanować, pewnie zmieniłbym obiektyw i zrobił bezpieczny, ciasny kadr. Brak czasu wymusza jednak improwizację – zostaję z szerszym kątem i nagle dostrzegam kompozycję, której zupełnie się nie spodziewałem.

Ta dynamika i adrenalina bardzo mnie fascynują. Zazwyczaj nie fotografuję spektaklu częściej niż podczas jednej czy dwóch prób. Nigdy nie robię tego tak, że najpierw drobiazgowo analizuję przebieg widowiska, a potem tylko odtwarzam zaplanowane kadry. Wolę reagować intuicyjnie. Choć ryzykuję, że coś stracę, to pójście za instynktem pozwala stworzyć coś unikalnego i wypracować własny, bardziej dynamiczny styl.

Czy taka była również geneza fotografii, która przyniosła ci zwycięstwo w tegorocznym Grand Press Photo?

Tobiasz Papuczys: Dokładnie tak. Nagrodzone zdjęcie powstało w warunkach niemal całkowitej ciemności. Kiedy zorientowałem się, że ta scena będzie trwała około dziesięciu minut i ma opierać się głównie na warstwie dźwiękowej, zrozumiałem, że muszę podejść do tematu nieszablonowo. Aby w ogóle zarejestrować jakikolwiek obraz, musiałem zastosować długi czas ekspozycji – w tym przypadku było to około dwóch sekund.

Dzięki temu szczątkowe światło, pochodzące m.in. z podświetlanych tablic ewakuacyjnych i drobnych lampek, powoli naświetliło sylwetkę aktorki. Ponieważ artystka cały czas znajdowała się w ruchu, jej postać uległa rozmazaniu. To był ten moment, w którym świadomie sięgnąłem po niekonwencjonalne, artystyczne środki wyrazu, by wydobyć obraz z mroku i móc przekazać go reżyserowi.

Laury i wyróżnienia nie są ci obce, masz już na koncie wiele nagród. Czy to zwycięstwo w Grand Press Photo uznajesz za najważniejsze w swojej dotychczasowej karierze?

Tobiasz Papuczys: Zdecydowanie tak, ponieważ Grand Press Photo to najważniejszy i najbardziej prestiżowy konkurs fotograficzny w Polsce. Dotychczasowe nagrody, na przykład te zdobyte w Konkursie Fotografii Teatralnej, są dla mnie niezwykle cenne jako wyróżnienia środowiskowe. Tutaj jednak ranga i kontekst są zupełnie inne. Udało mi się przebić z nietypowym, artystycznym kadrem teatralnym do ogólnej przestrzeni dziennikarskiej i społecznej. Ta fotografia musiała mieć w sobie potężną siłę wyrazu, skoro zwyciężyła w rywalizacji z fotoreportażami dotykającymi ważkich problemów społecznych czy obrazami o stricte reporterskim charakterze.

To dla mnie najważniejsza nagroda – daje mi ogromny spokój wewnętrzny i wiarę we własną drogę twórczą. Nie ukrywam, że byłem zaskoczony. Zgłosiłem pracę z myślą, że po prostu warto brać udział w takich inicjatywach, ale nie spodziewałem się tak spektakularnego sukcesu.

Wałbrzyska publiczność zna cię przede wszystkim z prac realizowanych dla Teatru Dramatycznego im. Jerzego Szaniawskiego. Praktycznie wszystkie premiery w ostatnich latach są promowane twoimi kadrami. Jak pracuje ci się w Wałbrzychu? Czy chętnie tu wracasz i jak oceniasz ten teatr na tle innych instytucji w Polsce, z którymi współpracujesz?

Tobiasz Papuczys: To świetne pytanie, bo z mojej perspektywy – pod kątem czysto fotograficznym – to wyjątkowo nietypowy teatr. Współpracuję z Szaniawskim już siódmy rok i teoretycznie powinienem odczuwać pewne znużenie tutejszymi rozwiązaniami przestrzennymi, ale za każdym razem spotyka mnie tu coś nowego. I za każdym razem jest to spore wyzwanie. Choć to teatr repertuarowy i zawodowy, to pod względem artystycznym śmiało czerpie z estetyki teatrów eksperymentalnych, niezależnych i awangardowych. Przyjeżdżam i regularnie daję się zaskoczyć: spektakl może być grany w ciasnej kabinie akustycznej, a tutejsze reżyserie światła są wybitnie niekomercyjne – nastawione na budowanie mrocznego, gęstego klimatu, a nie na proste doświetlenie sylwetki aktora.

Dla fotografa to oczywiście ogromne utrudnienie, ale jednocześnie niesamowity bodziec do rozwoju. Na mapie polskich scen Teatr im. Szaniawskiego wyróżnia się odważną plastyką, ucieczką od cukierkowej, komercyjnej estetyki na rzecz surowości i głębi. Myślę, że zbliżająca się premiera „Iliady” tylko to potwierdzi. Kiedy pracuję w innych teatrach, bywam czasem zmartwiony – wiem, że zdjęcia „zrobią się same”, bo wszystko podano na tacy jako gotowy obrazek sceniczny. W Wałbrzychu mamy do czynienia z żywym, dynamicznym działaniem, które trzeba dopiero wydobyć aparatem. Tutejsza scena jest głęboka i trudna, reżyserzy potrafią rozpisać akcję nawet na trzy plany jednocześnie. Ze względu na wysokie kontrasty światła idealne sfotografowanie tego z widowni bywa niemożliwe. Muszę wchodzić bezpośrednio na scenę, skracać dystans i dzielić przestrzeń. Bardzo to lubię i doceniam swobodę, z jaką mogę poruszać się tuż obok aktorów podczas prób.

Czy po tych siedmiu latach pracy w Wałbrzychu zapadł ci w pamięć spektakl, z którego wyszedłeś z potężną dawką adrenaliny i który wspominasz do dziś jako szczególne przeżycie?

Tobiasz Papuczys: Powstało tu kilka wybitnych spektakli, które poruszyły mnie najmocniej pod względem emocjonalnym. Pierwszym z nich jest niewątpliwie „Nocny Portier. Doświadczenie”. Choć był niezwykle wymagający plastycznie i trudny do sfotografowania, stanowił dla mnie głębokie przeżycie osobiste. Zazwyczaj podczas pracy staram się zachować profesjonalny dystans i skupić na kompozycji czy formie, ale tamte emocje przeniknęły mnie podskórnie.

Ogromne wrażenie zrobiła na mnie również „Niewolnica Isaura” ze względu na swoją niemal taneczną, niezwykle dynamiczną formę. Warto dodać, że wałbrzyski teatr bardzo mocno stawia na plastykę ruchu – wielu tutejszych aktorów kończyło chociażby szkołę w Bytomiu [Wydział Teatru Tańca AST], co sprawia, że choreografia spektakli jest tu o wiele bogatsza i bardziej wyrazista niż w większości tradycyjnych teatrów dramatycznych. Kolejnymi ważnymi dla mnie tytułami były „Niewyczerpany żart” oraz „Klątwa”. W tym ostatnim – jak i w wielu innych realizacjach z ostatnich lat – zachwyciły mnie kostiumy autorstwa Agaty Bartos. Są niezwykle wielowymiarowe i niosą ze sobą mnóstwo ukrytych znaczeń, co z perspektywy teatrologa obserwuje się i fotografuje z ogromną satysfakcją. To właśnie te produkcje najsilniej zapisały się w mojej pamięci.

Na koniec powiedz, gdzie mogą szukać cię osoby, które chciałyby uczyć się od ciebie rzemiosła i czerpać z twojego bogatego doświadczenia? Czy jedyną drogą są studia uniwersyteckie, czy można spotkać się z tobą również w innych okolicznościach?

Tobiasz Papuczys: Przede wszystkim rzeczywiście można mnie spotkać na uczelni – w Zakładzie Teorii Kultury i Sztuk Widowiskowych Uniwersytetu Wrocławskiego. Co roku prowadzę tam zajęcia powiązane z fotografią, które mają w sobie także elementy praktyczne. Wykłady odbywają się w ramach Instytutu Filologii Polskiej, więc najprostszą drogą jest studiowanie jednego z tamtejszych kierunków lub skorzystanie z możliwości wyboru zajęć międzywydziałowych.

Dla osób spoza Uniwersytetu mam jednak świetną alternatywę: regularnie prowadzę autorskie warsztaty fotografii teatralnej w Instytucie im. Jerzego Grotowskiego we Wrocławiu. Kolejna edycja startuje już w drugiej połowie października. To doskonała okazja dla każdego, kto chciałby postawić swoje pierwsze, pewne kroki w fotografii scenicznej. Serdecznie zapraszam!

Rozmawiał: P. Tokarski

Dalszy ciąg materiału pod wideo ↓

Co sądzisz na ten temat?

podoba mi się 0
nie podoba mi się 0
śmieszne 0
szokujące 0
przykre 0
wkurzające 0
facebookFacebook
twitter
wykopWykop
komentarzeKomentarze

komentarze (0)

Brak komentarza, Twój może być pierwszy.

Dodaj komentarz


Dodaj komentarz

🙂🤣😐🙄😮🙁😥😭
😠😡🤠👍👎❤️🔥💩 Zamknij

Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu tvwalbrzych.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz

0%