W idealnym świecie historia, która rozegrała się w czwartkowe popołudnie na drodze wojewódzkiej nr 367, skończyłaby się wzmianką o obywatelskiej postawie i bezinteresownej pomocy. Stało się jednak inaczej. Odcinek trasy między Boguszowem-Gorcami a Jabłowem po raz kolejny przypomniał nam, że polskie drogi bywają bezwzględne – nawet dla tych, którzy próbują czynić dobro.

Wszystko zaczęło się od zwykłego, ludzkiego odruchu. Kierująca fiatem kobieta zauważyła w przydrożnym rowie leżącego człowieka. W świecie, w którym tak łatwo odwrócić wzrok i udawać, że się nie widzi, ona postanowiła zareagować. Zjechała na pobocze, włączyła światła awaryjne. Zrobiła wszystko tak, jak nakazuje kodeks drogowy i zwykła przyzwoitość. Chciała pomóc komuś, kto prawdopodobnie znalazł się w sytuacji zagrożenia życia.
Wtedy jednak moralne piękno tej sytuacji zderzyło się z brutalną, drogową rzeczywistością.
Jadący z tyłu kierowca mercedesa albo nie zauważył stojącego auta, albo zignorował pulsujące pomarańczowe światła. Sekundy później mercedes z impetem wbił się w tył fiata. W jednej chwili szlachetna misja ratunkowa zamieniła się drogowy dramat i troskę o zdrowie własnych bliskich. W fiacie, obok kierującej, jechała druga kobieta oraz dwie małe dziewczynki.

Krajobraz po katastrofie na DW 367 znowu wyglądał tak samo: pogniecione blachy, rozlane płyny eksploatacyjne, błysk niebieskich kogutów i zablokowana trasa. Na miejsce błyskawicznie dotarli strażacy z OSP Gorce. Obok standardowych, twardych działań ratowniczych, strażacy mieli do czynienia z wystraszonymi dziećmi. Wtedy do akcji wkroczyły legendarne już strażackie pluszaki – małe misie, które w rękach dzieci mają za zadanie odwrócić uwagę od potwornego stresu. Ostatecznie obie dziewczynki trafiły na obserwację do szpitala, ale na szczęście już są w domu.
Ten wypadek dotyka głębszego problemu, z jakim od lat mierzą się polscy kierowcy. Jak reagować, by samemu nie stać się ofiarą? Skrzyżowanie tras w okolicach Czarnego Boru, Jabłowa i Gorc cieszy się złą sławą nie od dziś. Regularnie dochodzi tu do zderzeń – a to autobusu z osobówką, a to groźnych kolizji w trudnych warunkach zimowych czy deszczowych. To odcinek wymagający bezwzględnego skupienia.

Czwartek pokazał jednak coś jeszcze bardziej niepokojącego. Pokazał, że na naszych drogach wciąż brakuje nam "zasady ograniczonego zaufania" do tego, co dzieje się przed maską naszego samochodu. Skoro kierowca mercedesa nie zdołał wyhamować przed stojącym na awaryjnych światłach samochodem na poboczu, rodzą się pytania: gdzie był wzrok kierującego? Czy rozproszyła go komórka? A może zabrakło bezpiecznego odstępu i wyobraźni? Być może zasłabł, jak kierowca samochodu na ul. Wieniawskiego, który przebił się przez barierki na drugi pas ruchu?
Policja z pewnością wskaże winnego i ukaże go mandatem lub wnioskiem do sądu. Jednak niesmak i przestroga pozostaną. Następnym razem, gdy zobaczymy kogoś potrzebującego pomocy na poboczu, w głowie wielu z nas pojawi się pewnie paraliżujący błysk wahania: „Czy jeśli się zatrzymam, ktoś nie wjedzie mi w tył?”. I to jest w tej całej historii najsmutniejsze. Bo bezinteresowna empatia nie powinna kosztować nas obaw o zdrowie najbliższych i stan naszych pojazdów.
Brak komentarza, Twój może być pierwszy.
Dodaj komentarz
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu tvwalbrzych.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz