Na polskiej kolei rzadko zdarza się ruch, który faktycznie wyprzedza epokę, zamiast ją gonić. Tym razem jest inaczej. Koleje Dolnośląskie ogłosiły postępowanie, które nie tylko łamie utarte schematy zamówień taborowych, ale też wprost mówi: nie wiemy jeszcze, która technologia wygra – więc sprawdźmy wszystkie.
Dolnośląski przewoźnik nie wybiera dziś „jedynej słusznej drogi”. Zamiast tego dopuszcza równoległy rozwój dwóch bezemisyjnych koncepcji: napędu wodorowego i bateryjnego. Efekt? Przetarg, który może mieć dwóch zwycięzców i zakończyć się dostawą aż czterech prototypowych pociągów. Brzmi jak laboratorium przyszłości – i dokładnie tym ma być.
To nie jest klasyczne „kupujemy, bo trzeba”. To partnerstwo innowacyjne, w którym producenci dostają 30 miesięcy na zbudowanie prototypów, a potem – wraz z Kolejami Dolnośląskimi – rok na ich realne testy na trasach regionu. Bez prezentacji na slajdach, bez marketingowych obietnic. Tylko eksploatacja, liczby i twarde dane.
– Koleje Dolnośląskie podczas Forum Ekonomicznego w Karpaczu jako pierwsze w Polsce przewiozły pasażerów korzystając z napędu wodorowego. Tworząc na Dolnym Śląsku nowoczesną kolej chcemy być prekursorem nowych technologii, dowodem czego jest zamówienie przez KD prototypów z napędem, który śmiało można nazwać paliwem przyszłości – mówi Paweł Gancarz, Marszałek Województwa Dolnośląskiego.
Dlaczego to w ogóle potrzebne? Bo Dolny Śląsk odbudowuje kolej szybciej, niż nadąża z elektryfikacją linii. Setki tysięcy mieszkańców odzyskało dostęp do pociągów, ale część tras wciąż kończy się tam, gdzie nie ma drutu. A diesel? To już politycznie, ekonomicznie i klimatycznie ślepa uliczka.
– W ostatnich latach dostęp do kolei na Dolnym Śląsku odzyskało blisko ćwierć miliona osób. Jednak nie wszystkie linie odbudowywane w województwie są zelektryfikowane, dlatego musimy znaleźć rozwiązanie, ponieważ transport w Unii Europejskiej odchodzi od pojazdów spalinowych. Koleje Dolnośląskie znalazły sposób na to, by przetestować nowe technologie, w tym wodorowe, i za kilka lat mieć ogromne doświadczenie w zakresie nowoczesnych rozwiązań – podkreśla Michał Rado, Wicemarszałek Województwa Dolnośląskiego odpowiedzialny za kolej.
Nowe pojazdy mają być pełnoprawnymi elektrycznymi zespołami trakcyjnymi – z pantografem, minimum 120 miejscami siedzącymi i co najmniej trzema parami drzwi. Różnicę zrobi dodatkowe źródło energii: baterie, wodór, superkondensatory – cokolwiek, co jest bezemisyjne i realnie działa poza siecią trakcyjną.
Najważniejsze jednak przychodzi później. Po testach nie wygrają ulotki ani hasła reklamowe, tylko twarde wskaźniki: koszty utrzymania, niezawodność i efektywność.
– Kryteriami oceny pojazdów będą koszty utrzymania, współczynniki niezawodności i efektywności. Takiego postępowania w historii kolei w Polsce jeszcze nie było, a spora grupa naszych pracowników spędziła nad tym postępowaniem wiele miesięcy, wypracowując w efekcie najlepsze możliwe rozwiązanie – mówi Damian Stawikowski, prezes Kolei Dolnośląskich.
Jeśli testy wypadną pomyślnie, stawka rośnie. Z prototypów można przejść do realnych zakupów – nawet do 18 nowych pociągów. Dwa pozostaną demonstratorami technologii, reszta może stać się kręgosłupem regionalnych połączeń na liniach bez trakcji.
Na europejskiej mapie to nic egzotycznego: Duńczycy i Chorwaci zamawiają pociągi bateryjne, Czesi je testują tuż za polską granicą, a wodór sprawdzali już Niemcy, Francuzi i Hiszpanie. W Polsce jednak wciąż jesteśmy na etapie „zobaczymy za kilka lat”.
Tym razem ktoś postanowił zobaczyć teraz. Jeśli projekt się powiedzie, Dolny Śląsk nie tylko dojedzie do przyszłości – on ją po prostu wpuści do rozkładu jazdy.
Brak komentarza, Twój może być pierwszy.
Dodaj komentarz